Redukcja po mojemu

Lis 20

Redukcja po mojemu

Redukcja, słowo, które dla wielu oznacza ogromne wyrzeczenia. Dieta – reżim, trening w konkretnych ramach czasowych, znowu dieta, potem dieta i jeszcze raz dieta… Dla wielu, bo nie dla mnie. Upór i konsekwencja, a przede wszystkim bardzo dobra organizacja, były, są i jestem pewny, że długo jeszcze będą moimi mocnymi stronami.
Zacząłem swoją przygodę od dużego zatłuszczenia, zdjęcia nie mam, bo się wstydziłem je wykonać. Teraz żałuję. Kilka miesięcy ćwiczeń, szukania sposobów, rozwiązań i recept i wyglądałem tak:

I od tego momentu funkcjonuje Moja przemiana.

Chciałbym, aby wszyscy byli świadomi tego, że po drugiej stronie tego co czytacie i co oglądacie jest zwykły człowiek. Z tymi samymi problemami, z tymi samymi wadami, z tym samym brakiem czasu… Jedyne co różni mnie od wielu, naprawdę wielu osób, to fakt, że niemożliwe dla mnie nie już istnieje. Udowadniam sobie to sam każdego dnia, ale udowadniają mi to róweniż ludzie, których obserwuję dookoła.
Też mam pracę, też mam rodzinę, też mam obowiązki. Ale mam również to coś, z czego nie zrezygnuję. Mam chwilę dla siebie i wydaje mi się, że w życiu trzeba znaleźć balans miedzy tymi wszystkimi aspektami. Nieważne czy jest to sport, gra na gitarze, czy czytanie książek. Ja znalazłem receptę na siebie i konsekwentnie brnę do przodu.

Przejdźmy do konkretów.

CEL:
Moim celem była maksymalna redukcja tłuszczu przy minimalnych stratach mięśniowych. Bez spalaczy, bez kombinowania, bez wybierania dróg na skróty. Było też kilka pobocznych celów, które musiałem jakoś ze sobą połączyć, często zrezygnować (jak się potem okazało), bo zwykle jest coś kosztem czegoś.
Ambitny plan, bo w perspektywie czasu miałem wziąć udział w dwóch półmaratonach biegowych oraz kilku biegach krótszych, na 10km. Do tego były i są zajęcia Indoor Cycling i wizyty w siłowni. Mieszanka wybuchowa, ale cóż.

DIETA:
Napiszę krótko – ja wybrałem plan żywieniowy z niską podażą węglowodanów. Zachęcam do zapoznania się z tematem diety „low carb”, na której zasadach można skomponować plan żywieniowy. Inną formą jest dieta „no carb”, dużo bardziej rygorystyczną. I ile byśmy nie dyskutowali na temat skuteczności tych metod (lub innych), to znajdą się przeciwnicy i zwolennicy. Znajdą się również tacy, którzy wybiorą z mechanizmu konkretny tryb i zaczną działać po swojemu. Ja tak zrobiłem. Bo najważniejsze jest to, żeby znaleźć idealne połączenie – ubytku tłuszczu, zachowania masy mięśniowej i dobrego samopoczucia. Nikogo nie zachęcam, nikogo do niczego nie zmuszam. Każdy robi, jak uważa za stosowne. Robiłem „oszukane” posiłki, ale wszystko z pełną kontrolą i nawet te dania były, tak uważam, bardzo zdrowe i smaczne.

Węglowodany spożywałem na pierwsze śniadanie oraz w posiłku potreningowym. Pewnie zastanawiacie się, co z warzywami – wliczyć, nie wliczyć w bilans? Otóż, są dwie koncepcje. Ja wybrałem tą, że wliczę 200-gramową miseczkę świeżych warzyw do każdego posiłku.

Białka dostarczałem głównie w postaci mięsa, po 100g do każdego posiłku (prócz kolacji). Zwykle kurczak, indyk, łosoś lub tuńczyk, ale był też schab i wołowina. W moim planie żywieniowym nie brakowało jaj, tych kurzych 🙂 Orzechy to też bogate źródło białka, tak samo bób, fasola i groch, tylko mniej wartościowe (aminokwasy).

Tłuszcze, tłuszcze dostarczałem głównie z orzechów i migdałów. Orzechy, wszystkie jakie dała natura – kokosowe, nerkowca, włoskie, laskowe. Lubię też ziemne, choć nie są przecież orzechami – oczywiście bez soli. Do tego olej lniany i oliwa z oliwek. Wszystko na zimno, bez obróbki termicznej.

Suplementacja, uwaga bo pewnie niektórzy liczą na 3-stronicowe opowiadanie. No to podaję:

  • 1 blister BCAA z Olimpu (jak biegłem 2 półmaratony i urodzinową 30-tkę)
  • multipower formula 80 evolution – odżywka białkowa, po treningu

REALIZACJA:
3 miesiące, waga: -8kg, spore straty w obwodach, zwłaszcza uda i okolice bioder. Klatka piersiowa była moją piętą achillesową, w mojej opinii, na plus. O nią walczyłem bardzo mocno. Spory ubytek tłuszczu widać na zdjęciu. Do poprawy – plecy i dolna część brzucha, ale o to postaram się zadbać w przyszłości.

PLUSY:

  • Pieniądze – szedłem do sklepu z konkretnym planem. Zero słodyczy, zero zachcianek. Do koszyka wkładam to, co mi potrzebne.
  • Kalorie – 100% panowania nad ilością spożywanych kalorii. To klucz do sukcesu.
  • Cukier – ważny aspekt, jeśli nie najważniejszy zaraz po ujemnym bilansie kalorycznym, trzeba na to zwracać uwagę. Stabilny i przewidywalny poziom cukru we krwi powoduje, że nie jesteśmy senni, nerwowi, ospali i pobudzeni – na przemiennie.

MINUSY:

  • Ujemny bilans i efekty sportowe – siły do trenowania starczało mi zwykle na 60-70 minut. Potem zaczynał się dramat, o czym brutalnie przekonałem się podczas drugiego swojego półmaratonu w Warszawie. Na 15 kilometrze odcięcie zapłonu. Niemoc, bardzo pesymistyczne myśli, wewnętrzna walka z samym sobą. Coś trudnego do opisania. Niemoc (to moje odczucie) towarzyszyły mi również na krótszych biegach i to jest właśnie czkawka, o której pisałem. Ciężko robić rekordy życiowe, gdy bilans kaloryczny w dniu wynosi, uwaga, -700kcal. Tak, tak, o tyle pomniejszona była kaloryczność mojego plany żywieniowego w stosunku do całkowitej przemiany materii.
  • Monotonia posiłków – szybko się z nią uporałem (na szczęście), bo może powodować wstręt do jedzenia. Trzeba poszukiwać nowych rozwiązań i smaków.

Czas na podsumowanie.

2 Komentarze

  1. Racja 🙂

Trackbacks/Pingbacks

  1. Pianino - Pianino Przyjaciół nie poznajmy w biedzie, tylko po tym jak znoszą nasz wymarzony sukces. cyt. Paulo Coelho. Na zlecenie…
  2. WWW.XMC.PL - WWW.XMC.PL Nic w życiu nie przychodzi nam łatwo. Nie wystarczy w coś wierzyć; trzeba mieć siłę pokonywać przeszkody i…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.